Spotkania z krótkometrażówką #1 Jeżyk we mgle

Na stronie ponownie pojawił się zastój, więc, w ramach pewnego „rozruchu” postanowiłem  od czasu do czasu umieszczać na nim pewne niedługie wpisy, które traktować będą o krótkometrażowych obrazach spod znaku X muzy.  Zazwyczaj będą one poświęcone animacji (która zdaje się najpełniej wykorzystywać formę kilkunastominutową), chociaż pewnie nie tylko.

Pierwszą  pozycją, jaką postaram się tutaj przedstawić, jest uznawane za  jedno z najsłynniejszych filmów radzieckiej animacji – Jeżyk we mgle. Dzieło Jurija Norszteina, którego obrazy stanowiły inspirację dla takich japońskich reżyserów,  jak Hayao Miyazaki (twórca m.in. Księżniczki Mononoke i Spirited Away) opowiada opartą na rosyjskiej bajce historię tytułówego Jeżyka, który, udając się w odwiedziny do swojego starego przyjaciela Niedźwiadka ( z którym będzie pić herbatkę i spoglądać w  gwiazdy), w trakcie podróży dostrzega  w oddali  Konia znikającego we mgle.  Zaintrygowany widokiem, Jeżyk decyduje się zagłębić w ten nieprzenikniony obłok, co staje się  serią budzących grozę, wstrząsających, ale jednocześnie niezwykłych przeżyć w jego życiu. Czytaj dalej…

Skóra, w której żyję – recenzja

22/11/2011 2 uwag

Najnowszy film Pedro Almódovara, z tego co można dowiedzieć się z różnych tekstów, stylistycznie zdaje się być dosyć odmienny od pozostałego dorobku hiszpańskiego twórcy. Już pomijając sam fakt, że jest to pierwszy film, w którym wykorzystał on jako bazę gotowy materiał literacki (powieść Tarantula Thierry’ego Jonqueta), zwracano w nich przede wszystkim uwagę na dosyć odmienny charakter filmu, w którym jest stosunkowo mało elementów zamierzonej kiczowatości, pewnej groteskowości, stanowiącej jeden z wyznaczników autorskiego stylu iberyjskiego reżysera. Zamiast tego otrzymano budzący grozę thriller ze znakomitą, absorbującą rolą Antonio Banderasa. Czy te opinie są trafne? Trudno jest mi powiedzieć z prostego powodu –  jest to mój pierwszy kontakt z twórczością Almódovara. Prawdą jest jednak to, że film zrobił na mnie niewątpliwe wrażenie.

Jak już wspomniano, podstawą scenariusza była powieść Thierry’ego Jonquetta Tarantula, barwnie określona jako niezwykłe studium ludzkiego okrucieństwa, połączenie pornograficznej twórczości Markiza de Sade z filozoficznym zacięciem Jeana-Paula Sartre’a. Porównanie do twórczości de Sade’a, który stworzył bez wątpienia jedno z najbardziej chorych i perwersyjnych dzieł w dorobku literatury zdaje się mówić samo za siebie.

Czytaj dalej…

DJ Shadow 16.05.2011

Ok, przyszła wiosna, zrobiło się ciepło, skończyły się wymówki (sesja się nie liczy). Najwyższy czas “odmrozić” bloga.

Dzisiaj postanowiłem sprawdzić się w pisaniu relacji z koncertu.  Okazja ku temu była całkiem niezła, bo do Stolicy zawitała dość znana w niektórych kręgach muzycznych osobistość – niejaki DJ Shadow.

Na koncert wybierałem się z niemałymi obawami. Po głowie ciągle krążyła mi moja ostatnia wizyta w Palladium, na której zaliczyłem bez wątpienia  jeden z największych zawodów mojego krótkiego, muzycznego żywota po występie Ulvera. Nie chciałem, by znowu król okazał się nagi, tym bardziej że DJ Shadow, swoją twórczością, bez wątpienia, włożył ogromny wkład w kształt współczesnej muzyki. Czy moje obawy były słuszne?

Czytaj dalej…

Into the void

Nawet małpy mogą popaść w depresję, tym bardziej kosmiczne. Wirus marazmu zainfekował wszystkie podzespoły, czego skutkiem jest m.in to, co widzicie na stronie.  Nie chce mi się, mam wszystko w dupie i odpływam stąd. Zdecydowanie nie jestem na fali.  Wrócę tutaj wraz z ociepleniem. Albo i nie. Tymczasem wracam do cięcia się.

Na zakończenie coś bardzo w klimatach:

Kategorie:Smęty Tagi: ,

Enter the Void – Wkraczając w pustkę

Przyznam, że na Wkraczając w pustkę trafiłem dosyć przypadkowo. Podczas zastanawiania się nad wątpliwym wyborem pomiędzy Tron: Legacy a Czarnym łabędziem postanowiłem jeszcze sprawdzić repertuar moich ulubionych kin. Okazało się, że do Polski w końcu zawitały filmy nagrodzone bądź nominowane do Złotej Palmy. Dylemat zakończony. Au Revoir, Ameryko! Świat wzywa. Na głównego rozdającego karty w konkursie Cannes w zeszłym roku (Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia) przyjdzie jeszcze pora, a tymczasem na mój warsztat trafiło, dla odmiany nominowane do wspomnianej nagrody w 2009r. Wkraczając w pustkę. Cóż, dobrze że w ogóle zdecydowano się na jego dystrybucję.

Bohaterami obrazu jest dwójka rozdzielonego w dzieciństwie rodzeństwa: Oskar – uzależniony dealer narkotyków i Linda – striptizerka, którzy niedawno przybyli do Tokio. Jakoś im się żyje, ale przede wszystkim – są razem. Wszystko jednak zmienia się, kiedy Oskar ginie w policyjnej obławie. A przynajmniej tak się wydaje, bo bohater doświadcza czegoś w rodzaju “OOBE” (out of body experience) i jako “duch” staje się świadkiem dalszych losów swojej siostry i znajomych. Nie małe mają tutaj znaczenie nawiązania do Tybetańskiej Księgi Umarłych, w której dusza nie pogodzona ze śmiercią zaczyna błąkać się po świecie, przeżywać na nowo swoje całe życie, śledzić swoich bliskich. Nie mogąc w żaden sposób odgrodzić się od cierpienia, zmuszona jest do ponownego odrodzenia się i ponownego kontynuowania tragicznego cyklu. Bohater ginie czy też może całość jest wynikiem “bad tripu”, którego doświadcza będąc nafaszerowanym środkami psychotropowymi?

Już w pierwszych sekundach projekcji widz dostaje mocny cios w oczy niekonwencjonalnym sposobem wyświetlenia… napisów wejściowych, których dynamiczna zmienność i pstrokata wielobarwność przynoszą na myśl różnorakie neony, wszechobecne w nocnym życiu wielkich metropolii. A to tylko początek, bo narracja zostaje umieszczona z perspektywy pierwszoosobowej i widz jakoby “współuczestniczy” w narkotykowych, psychodelicznych wizjach Oskara. Pierwsze minuty filmu były dla mnie prawdziwym szokiem wizualnym bardzo pozytywnie nastawiającym na dalszy seans.

Czytaj dalej…

Starcie Tytanów, czyli kanonada bluzgów

Mity greckie wydają się tematem idealnym dla Hollywood. Przynajmniej ich warstwa powierzchowna. Historie czynów potężnych herosów, zdrady, romanse, intrygi, a nad tym wszystkim bogowie kierowani nie mniejszymi żądzami. Zawierają wszystko, co może przyciągnąć do kin odbiorcę spragnionego wrażeń. Nic więc dziwnego, że twórcy fabryki snów z chęcią sięgają po mitologiczne motywy, zwłaszcza ostatnio.

Pewna znajoma mi osoba z dosyć sporym przekąsem wypowiadała się przed polską premierą “Starcia Tytanów”, że “czeka go prawdziwie męski wieczór w kinie” (cokolwiek to miało znaczyć). Miało dziać się dużo. Oprócz facjaty Sama Worthingtona (znanego przede wszystkim z głównej roli w sztandarowym filmie ekoterrorystów – Avatarze), wyskakujących z piasku gigantycznych skorpionów, na widza w głębinach kinowych foteli miał czaić się siejący grozę Kraken, na dodatek w 3D.

Czytaj dalej…

Infinity’s end?

29/12/2010 4 uwag

 

Mówi się, że zima to dobry okres na odświeżenie Icewind Dale’a. Bo fajnie się gra, kiedy za oknem są podobne klimaty. W poprzednim roku próbowałem tej metody, w tym także. W obu przypadkach długość gry wynosiła niewiele więcej, niż czas jej deinstalacji. Nie chodzi tu o problem samej sagi, bo w pierwszą część z przyjemnością sobie kiedyś pocinałem. Sprawa wydaje się trochę większa.

Czytaj dalej…

Kategorie:Gry