Spotkania z krótkometrażówką #1 Jeżyk we mgle
Na stronie ponownie pojawił się zastój, więc, w ramach pewnego „rozruchu” postanowiłem od czasu do czasu umieszczać na nim pewne niedługie wpisy, które traktować będą o krótkometrażowych obrazach spod znaku X muzy. Zazwyczaj będą one poświęcone animacji (która zdaje się najpełniej wykorzystywać formę kilkunastominutową), chociaż pewnie nie tylko.
Pierwszą pozycją, jaką postaram się tutaj przedstawić, jest uznawane za jedno z najsłynniejszych filmów radzieckiej animacji – Jeżyk we mgle. Dzieło Jurija Norszteina, którego obrazy stanowiły inspirację dla takich japońskich reżyserów, jak Hayao Miyazaki (twórca m.in. Księżniczki Mononoke i Spirited Away) opowiada opartą na rosyjskiej bajce historię tytułówego Jeżyka, który, udając się w odwiedziny do swojego starego przyjaciela Niedźwiadka ( z którym będzie pić herbatkę i spoglądać w gwiazdy), w trakcie podróży dostrzega w oddali Konia znikającego we mgle. Zaintrygowany widokiem, Jeżyk decyduje się zagłębić w ten nieprzenikniony obłok, co staje się serią budzących grozę, wstrząsających, ale jednocześnie niezwykłych przeżyć w jego życiu. Czytaj dalej…
DJ Shadow 16.05.2011
Ok, przyszła wiosna, zrobiło się ciepło, skończyły się wymówki (sesja się nie liczy). Najwyższy czas “odmrozić” bloga.
Dzisiaj postanowiłem sprawdzić się w pisaniu relacji z koncertu. Okazja ku temu była całkiem niezła, bo do Stolicy zawitała dość znana w niektórych kręgach muzycznych osobistość – niejaki DJ Shadow.
Na koncert wybierałem się z niemałymi obawami. Po głowie ciągle krążyła mi moja ostatnia wizyta w Palladium, na której zaliczyłem bez wątpienia jeden z największych zawodów mojego krótkiego, muzycznego żywota po występie Ulvera. Nie chciałem, by znowu król okazał się nagi, tym bardziej że DJ Shadow, swoją twórczością, bez wątpienia, włożył ogromny wkład w kształt współczesnej muzyki. Czy moje obawy były słuszne?
Into the void
Nawet małpy mogą popaść w depresję, tym bardziej kosmiczne. Wirus marazmu zainfekował wszystkie podzespoły, czego skutkiem jest m.in to, co widzicie na stronie. Nie chce mi się, mam wszystko w dupie i odpływam stąd. Zdecydowanie nie jestem na fali. Wrócę tutaj wraz z ociepleniem. Albo i nie. Tymczasem wracam do cięcia się.
Na zakończenie coś bardzo w klimatach:
Enter the Void – Wkraczając w pustkę
Przyznam, że na Wkraczając w pustkę trafiłem dosyć przypadkowo. Podczas zastanawiania się nad wątpliwym wyborem pomiędzy Tron: Legacy a Czarnym łabędziem postanowiłem jeszcze sprawdzić repertuar moich ulubionych kin. Okazało się, że do Polski w końcu zawitały filmy nagrodzone bądź nominowane do Złotej Palmy. Dylemat zakończony. Au Revoir, Ameryko! Świat wzywa. Na głównego rozdającego karty w konkursie Cannes w zeszłym roku (Wujek Boonmee, który potrafi przywołać swoje poprzednie wcielenia) przyjdzie jeszcze pora, a tymczasem na mój warsztat trafiło, dla odmiany nominowane do wspomnianej nagrody w 2009r. Wkraczając w pustkę. Cóż, dobrze że w ogóle zdecydowano się na jego dystrybucję.
Bohaterami obrazu jest dwójka rozdzielonego w dzieciństwie rodzeństwa: Oskar – uzależniony dealer narkotyków i Linda – striptizerka, którzy niedawno przybyli do Tokio. Jakoś im się żyje, ale przede wszystkim – są razem. Wszystko jednak zmienia się, kiedy Oskar ginie w policyjnej obławie. A przynajmniej tak się wydaje, bo bohater doświadcza czegoś w rodzaju “OOBE” (out of body experience) i jako “duch” staje się świadkiem dalszych losów swojej siostry i znajomych. Nie małe mają tutaj znaczenie nawiązania do Tybetańskiej Księgi Umarłych, w której dusza nie pogodzona ze śmiercią zaczyna błąkać się po świecie, przeżywać na nowo swoje całe życie, śledzić swoich bliskich. Nie mogąc w żaden sposób odgrodzić się od cierpienia, zmuszona jest do ponownego odrodzenia się i ponownego kontynuowania tragicznego cyklu. Bohater ginie czy też może całość jest wynikiem “bad tripu”, którego doświadcza będąc nafaszerowanym środkami psychotropowymi?

Już w pierwszych sekundach projekcji widz dostaje mocny cios w oczy niekonwencjonalnym sposobem wyświetlenia… napisów wejściowych, których dynamiczna zmienność i pstrokata wielobarwność przynoszą na myśl różnorakie neony, wszechobecne w nocnym życiu wielkich metropolii. A to tylko początek, bo narracja zostaje umieszczona z perspektywy pierwszoosobowej i widz jakoby “współuczestniczy” w narkotykowych, psychodelicznych wizjach Oskara. Pierwsze minuty filmu były dla mnie prawdziwym szokiem wizualnym bardzo pozytywnie nastawiającym na dalszy seans.
Starcie Tytanów, czyli kanonada bluzgów

Mity greckie wydają się tematem idealnym dla Hollywood. Przynajmniej ich warstwa powierzchowna. Historie czynów potężnych herosów, zdrady, romanse, intrygi, a nad tym wszystkim bogowie kierowani nie mniejszymi żądzami. Zawierają wszystko, co może przyciągnąć do kin odbiorcę spragnionego wrażeń. Nic więc dziwnego, że twórcy fabryki snów z chęcią sięgają po mitologiczne motywy, zwłaszcza ostatnio.
Pewna znajoma mi osoba z dosyć sporym przekąsem wypowiadała się przed polską premierą “Starcia Tytanów”, że “czeka go prawdziwie męski wieczór w kinie” (cokolwiek to miało znaczyć). Miało dziać się dużo. Oprócz facjaty Sama Worthingtona (znanego przede wszystkim z głównej roli w sztandarowym filmie ekoterrorystów – Avatarze), wyskakujących z piasku gigantycznych skorpionów, na widza w głębinach kinowych foteli miał czaić się siejący grozę Kraken, na dodatek w 3D.
Infinity’s end?
Mówi się, że zima to dobry okres na odświeżenie Icewind Dale’a. Bo fajnie się gra, kiedy za oknem są podobne klimaty. W poprzednim roku próbowałem tej metody, w tym także. W obu przypadkach długość gry wynosiła niewiele więcej, niż czas jej deinstalacji. Nie chodzi tu o problem samej sagi, bo w pierwszą część z przyjemnością sobie kiedyś pocinałem. Sprawa wydaje się trochę większa.


